piątek, 2 grudnia 2016

historia małej wojowniczki

Inaczej..

Mimo, że bloga prowadzę od niedawna, to już po części zdążyliście mnie poznać. Mój styl pisania, moje błędy. Zawsze staram się podchodzić do wszystkiego z dystansem, na wesoło. Tak, żeby odbiorca też miał radochę z czytania. Niestety ten post będzie inny. Nie będzie tutaj nic co mogło by rozśmieszyć, czy choć odrobinę poprawić komuś humor. Ten post jako pierwszy i jedyny będzie zupełnie poważny, ale dla mnie będzie on najważniejszy ze wszystkich w mojej „karierze”, a to dlatego, że dziś opiszę dzień mojego życia, który miał być najszczęśliwszym w moim życiu a o mało nie okazał się najgorszym. Dzień narodzin mojej córki.

Dzień porodu

Był 5 października ubiegłego roku. Żona była w 38 tygodniu ciąży, więc zdawaliśmy sobie sprawę, że lada moment może się wszystko zacząć. Ja jak to codziennie po pracy, pochłonięty byłem wykańczaniem naszego mieszkania, do którego niebawem mieliśmy się wprowadzić. Wróciłem około 18 i pierwsze co usłyszałem od żony to „chyba odeszły mi wody”. Torby do szpitala zarówno dla żony jak i dziecka były spakowane, więc zebranie się do wyjazdu trwało max 10 minut. W międzyczasie zadzwoniłem do położnej,  która prowadzi szkołę rodzenia i pracuje w szpitalu, w którym miał odbyć się poród. Mieliśmy dużo szczęścia, bo dzięki niej mieliśmy „załatwione” łóżko. Spowodowane to było tym, że największa porodówka w mieście została zamknięta z powodu jakiegoś wirusa i kobiety rodzące odsyłali do innych szpitali. Po dojechaniu na miejsce, i przyjęciu do szpitala od razu udaliśmy się na porodówkę, gdzie wykonali KTG. Wszystko szło bardzo szybko. Opieka była wzorowa. Położne traktowały żonę jak siostrę, albo córkę. Zaskoczyło nas to bardzo, bo nasze doświadczenia ze szpitalami raczej nie były pozytywne.

Dlaczego dziecko nie płacze?

Tuż po północy żonę położyli na fotel, i zaczęły się skurcze parte. Po każdym skurczu było sprawdzane tętno dzidziusia i wszystko było w porządku. O 00:40 położna powiedziała, że podczas tego skurczu już urodzi. Mało co a eksplodował bym z emocji. Przyszedł skurcz i dziecko było już na zewnątrz. Ja ucieszony od razu zrobiłem krok, żeby przeciąć pępowinę, ale nie wiadomo skąd, ktoś odepchną mnie na bok. Nie wiedziałem co się dzieje. Widziałem tylko, jak położne z prędkością światła przecinają pępowinę i myją córeczkę. Sparaliżowany słyszałem tylko słowa żony „dlaczego ona nie płacze?”, Dlaczego ona nie płacze!!!

chrzest dziecka w szpitalu

Nastała cisza.. tylko ginekolog próbował uspokoić żonę, że tak czasem się zdarza, ale to nic poważnego. Czas leciał, a niepokój w nas narastał. Po chwili dziecko lekarze gdzieś zabrali, a my w dalszym ciągu nic nie wiedzieliśmy. Na dodatek, zostałem wyproszony przez lekarza, bo musieli pozszywać żonę. Pokierowali mnie do miejsca, gdzie odbywała się reanimacja. Oczywiście nie zostałem wpuszczony do środka. Dopiero po upływie pół godziny wyszła do mnie pediatra z plikiem papierów do podpisania… były to zgody na leczenie i transport do szpitala dziecięcego w Lublinie. Wszystko od razu podpisałem bez czytania. Po formalnościach pielęgniarka zadała mi pytanie, które było jak cios zadany prosto w serce.. „Czy chce pan ochrzcić dziecko?”

Oczywiście zgodziłem się. Udałem się za pielęgniarką w stronę inkubatora, w którym leżała ona, moja mała córeczka walcząca o życie. Po ochrzczeniu dziecka przyjechała karetka i zabrali małą. Wsiadłem w samochód, i od razu pojechałem za nią. Czekałem około 4 godziny, aż ktoś mi cokolwiek powie. Podczas tego czasu spaliłem chyba całą paczkę papierosów.

Po tak długim czekaniu wyszedł do mnie lekarz i powiedział, że stan dziecka jest ciężki i nie wiadomo czy przeżyje. Mała została wprowadzona w hipotermię, czyli obniżyli temperaturę ciała o 3 stopnie, aby „wyłączyć” mózg, w celu zapobiegnięcia ewentualnym zmianom. Szpital dziecięcy w Lublinie jest jedynym w moim regionie, który dysponuje aparaturą do tego i tylko dzięki Pediatrze moja córka się na to załapała. Czasami jest po prostu za późno, bo szpitale na własną rękę próbują ratować dziecko. Podczas tego „zabiegu” zostawały podawane silne leki, z morfiną na czele. Życie Kornelki zależało w tamtym momencie tylko od maszyn, no i od jej siły i woli przeżycia.

wypis na żądanie

Żona wyszła ze szpitala na żądanie po kilkunastu godzinach od porodu. Psychicznie była wykończona, ale to matka. Musiała być przy dziecku. To jednak nie było takie proste. Godziny odwiedzin na OIT są tylko od 12 do 18, przy czym jeżeli jest jakiś zabieg, kontrola, czy transport dziecka, to odwiedziny są wstrzymane.

stan zaczął się poprawiać

Po 5 dniach pobytu na OIT, stało się to, na co tak czekaliśmy, usłyszeliśmy płacz naszego dziecka. Oczywiście wtedy płakaliśmy razem z nią. Pani doktor powiedziała, że to nie do końca jest dobrze, bo to płacz z bólu, ale może być dobrym objawem na przyszłość, i tak też się stało. Z dnia na dzień stan małej się poprawiał i po kilku dniach zaczęła sama oddychać, a aparatura tylko co jakiś czas się załączała tak na wszelki wypadek. Jakie to było szczęście, jak pielęgniarka pozwoliła żonie zmienić pieluszkę! Dla każdego rodzica przecież to jest tak naturalne, ale dla nas to było spełnienie kolejnego marzenia.

Nie ma naszego dziecka!

W 12 dobie życia, jak codziennie przyjechaliśmy na OIT szczęśliwi, że znowu zobaczymy Kornelkę, ale tym razem było inaczej. Wyszedł do nas lekarz i powiedział, że Kornelki już tutaj nie ma.. zamarliśmy.. Ten po chwili dodał, że została przeniesiona na oddział patologii noworodka, a jej życiu już nic nie zagraża i jest w pełni samodzielna. W ciągu minuty byliśmy piętro wyżej u naszej córeczki. Tego samego dnia spełniło się kolejne marzenie. Moja żona mogła pierwszy raz przytulić bobasa. Pierwszy kontakt od czasu porodu. 9 miesięcy noszenia w brzuszku, po czym te 12 dni stały się wiecznością wypełnioną pustką.

Na oddziale patologii było inaczej. Rodzic mógł przebywać z dzieckiem przez całą dobę, w pełni się nim zajmując. Karmienie, przewijanie i kąpiel:).

Nareszcie!

I się doczekaliśmy. Po 20 dniach od porodu, mogliśmy zabrać dziecko do domu. Dostaliśmy skierowania do kilku specjalistów i wypis ze szpitala, w którym opisane były wszystkie przeprowadzone badania i zabiegi. Moje dziecko przez ten okres przeszło więcej, niż ja z żoną razem przez całe życie. Najważniejsze jednak, że od tego dnia byliśmy w komplecie.

Kornelka. Dziecko, które urodziło się z 1 punktem w skali Apgar z niedotlenieniem.  Później punktacja wcale nie była wysoka, w 10 minucie dostała tylko, a może aż 3 punkty… Walczyła o życie i tę walkę wygrała. Od lekarzy słyszeliśmy, że grozi Jej porażenie mózgowe, że może nie rozwijać się prawidłowo i może mieć problemy z poruszaniem się. Dzisiaj ma 14 miesięcy, mnóstwo wizyt u specjalistów za sobą, udział w programie NFZ skierowanym dla dzieci ryzyka. Rozwija się prawidłowo. Jeszcze nie chodzi samodzielnie, tylko przy meblach i pchaczu, ale to tylko kwestia czasu jak zacznie sama dreptać po domu. Obecnie jedyne zagrożenie jakie występuje, to możliwe problemy z koncentracją, czy nadpobudliwość w późniejszym wieku. Nie wymagamy od niej niczego konkretnego, ani nie wymuszamy postępów rozwojowych, tak jak sugerują internety. Zaufaliśmy w pełni lekarzom i dziś wiemy, że uratowali nasze dziecko, za co będziemy im wdzięczni dożywotnio. Na 1 urodziny małej do obu szpitali pojechaliśmy z tortami w ramach podziękowań.

Podczas pobytu w szpitalu poznaliśmy wielu ludzi, których dzieci nie zawsze miały tyle szczęścia co nasze. Od tego czasu moje podejście do życia zmieniło się znacznie. Zdarza się i dzisiaj, że żona wspomina ten dzień. Bo jak to możliwe, że wszystko było dobrze do ostatniej chwili, a tu nagle takie coś. Nie wiem, czy Bóg istnieje, ale tamtego dnia o nas zapomniał… Na szczęście w porę sobie przypomniał.

aktualizacja! Dziś Kornelka ma 21 miesięcy, rozwój prawidłowy, dodatkowo zostało wykonane badania rezonansem magnetycznym, pod kątem uszkodzeń połączeń nerwowych w mózgu. Wyszło, że wszystko jest w porządku i nie ma żadnych zmian. Jedyne co odbiega od normy, to ilość wypowiadanych słów, jednak z każdym dniem jest coraz lepiej i z tym:)

39 komentarzy:

  1. Niesamowita historia! Nie wyobrażam sobie co musieliście czuć i jak bardzo się bać o jej życie!! :( Straszne dla młodych rodziców patrzeć na cierpienie własnego dziecka, na które czekało się 9 miesiecy.. A jak lekarze tłumaczyli to co się wydarzyło? Cała ciąża była prawidłowa i dziecko dobrze się rozwijało i nagle przy porodzie bum! Jak to się stało??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko bylo ksiazkowo, od początku ciazy, do ostatniego skurczu. Do dzisiaj przyczyny nie znamy. Same hipotezy.. Jedna z nich mowi o skreceniu sie pepowiny...

      Usuń
  2. Wyobrażam sobie przez co musieliście przejść, fajnie że wszystko dobrze się skończyło. U mnie mogło być podobnie, bo mój syn nie dość że był owinięty trzy razy pępowiną wokół szyi, to jeszcze miał zaciśnięty tzw. węzeł prawdziwy na pępowinie, nie wiem czemu robiąc usg tego nie wykryli. Rodziłam siłami natury, wiele godzin i nieraz aparatura, w czasie skurczów pokazywała że tętno dziecka zanika, ale nikt nic nie zrobił, to był cud że syn się urodził cały i zdrowy, ze skalą Apgar 9/10, ale tak naprawdę do końca nie było pewności czy będzie się zdrowo rozwijał, na szczęście wszystko jest ok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zanikajace tętno to niebezpieczna sprawa. Nam powiedzieli, ze jak spadnie to od razu robia cesarke..

      Usuń
  3. O rany, współczuję takich przeżyć, ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie. Jeszcze co prawda troche jezdzenia po lekarzach przed nami, ale to glownie kontrole:)

      Usuń
  4. Nawet nie wyobrażam sobie, co musieliście przejść. Najważniejsze, że Kornelka jest z Wami i pięknie się rozwija.

    OdpowiedzUsuń
  5. Matko... Dobrze, że teraz już ok. Trzymam kciuki żeby było dobrze!
    Obserwuje bloga, zostaję na dłużej i będzie mi miło, jeśli zawitasz do nas, a jeszcze milej, gdy zaobserwujesz:) sylwiaidzieci.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Szczerze mówiąc nie wiem co napisać... Bo cóż można... Mam łzy w oczach... Współczuje tak tragicznych przeżyć... Ale najważniejsze że teraz jest już dobrze :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. uuuu ciary mnie przeszły, więc ja tak na wesoło, na rozluźnienie -
    i całe szczęście, że torba spakowana była. Bo moja przy trzeciej ciązy pakowana była wespół z mężem i 2 letnią córką, jak już wody odeszły, a syn na spokojnie w gry komputerowe pogrywał :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha;) my do szpitala mielismy daleko i musielismy byc przygotowani. Ja w samochodzie jeszcze porodu nie odbieralem:) i nie planuje

      Usuń
  8. Mój mąż też najadł się strachu przy porodzie. Na szczęście ja nie byłam świadoma tego co się dzieje. Zanim mnie wybudzili z narkozy, młody miał 3 pkt w skali Apgar i z minuty na minutę mu się poprawiało. Co prawda musieliśmy zostać w szpitalu dłużej z powodu małopłytkowości synka, ale dzisiaj mamy wesołego, zdrowego synka, który śmieje się na każdym kroku.

    Życzę Wam dużo zdrowia i miłości.

    OdpowiedzUsuń
  9. jeju ale mieliście przeżycia.... ale dobrze że Szkrab z tego wyszedł:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Przeczytałam. Siedzę i nie wiem co napisać. Dłonie trzęsą mi się do tej pory. Mnie - osobie, które przeczytała jedynie tę historię. Nie potrafię sobie wyobrazić co w takiej sytuacji musi czuć rodzic. Wydaje mi się, że jest to niemożliwe - można spekulować, podejrzewać, ale jeśli się tego nie przeżyje nie ma mowy o zrozumieniu. Podziwiam i Was za siłę psychiczną i małą za jeszcze więcej siły psychicznej i fizycznej. Zuch dziewczyna! Każdy rodzic jest dumny ze swojego dziecka już od pierwszego dnia, ale Wy macie po jeszcze większy powód do dumy!

    OdpowiedzUsuń
  11. Matko, przyznam, że mam łzy w oczach. Tyle przeszliście, jestem dla was pełna podziwu. Trzymam kciuki za to, była wasza córeczka rozwijała się prawidłowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ta historia świadczy o tym że nie zawsze jest łatwo i lekko...

      Usuń
  12. sama nie wiem, co napisać... Może tylko tyle, że SUPER, że się wszystko dobrze skończyło i Kornelka dzięki swej przeogromnej chęci życia przezwyciężyła te koszmarne dni próby...

    Życzę Wam, byście mogli cieszyć się zdrowiem Waszej córeczki i ominęły Was tego typu burze!

    OdpowiedzUsuń
  13. Ufff, jak dobrze, że jest i happy end. I to jaki- żadnych konsekwencji. To niemal cud. Domyślam się, jakim szokiem, musiał być dla Was finał porodu. Tym bardziej, że jak mi się zdaje- wszystko od początku do końca było w porządku? Nie dziwię się Twojej żonie, że wspomina. U nas może bezpośredniego zagrożenia życia Elizy nie było, ale też ze zdrowej, donoszonej ciąży, noworodka 10 w skali Apgar zaczęły się same problemy. W szpitalu spędziliśmy 11dni, potem w leżeliśmy w trzech różnych szpitalach (w jednym miesiąc), a do drugich urodzin niepewność czy Eliza będzie się rozwijać prawidłowo... Także, rozumiem. Dla mnie to wszystko było tak traumatyczne, że wyleczyłam się z chęci posiadania kolejnego dziecka na kilka lat.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ciężko mi sobie wyobrazić co mogliście czuć, ale najważniejsze, że córeczka ma się dobrze i życzę jej dużo zdrówka z całego serca :) Tak to niestety jest, że życie pisze różne scenariusze...

    OdpowiedzUsuń
  15. Wspomnienia jakze trudne, a prawdziwe. Mojej Szwagierki dziecko tez urodzilo sie nie oddychajac, musieli go reanimowac, a wiadomo, ze tak naprawde maja tylko 4 minuty na przywrocenie zycia bez zadnych powaznych konsekwencji . Na szczescie rozwija sie prawidlowo, ale jego rodzice maja traume do konca zycia I wiecej dzieci nie chca miec.
    Spokojnie, zacznie chodzic we wlasnym czasie.
    Malutka , jestes bardzo dzielna!!!

    OdpowiedzUsuń
  16. Ciężko było, najważniejsze że się udało, że byli ludzie którzy wiedzieli co robią a malutka walczyła.

    OdpowiedzUsuń
  17. Prawdziwa wojowniczka, na pewno było ciężko ale dobrze się skończyło teraz tyklo mogę życzyć jak najwięcej zdrowia

    OdpowiedzUsuń
  18. Wycisnąłeś mi łzy z oczu!!!! Za tekst lekarza "Kornelki już tutaj nie ma" chyba dałabym mu w mordę! Tak się nie rozpoczyna przekazywania informacji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tak samo bym miała ochotę przywalić...

      Usuń
  19. Mam ciarki, naprawdę. Ileż musieliście przeżyć... przeczytałam to wszystko na jednym wydechu. Mała to prawdziwa wojowniczka, da sobie zawsze radę, wierzę w to!

    OdpowiedzUsuń
  20. Wspolczuje ze musieliscie przychodzic przez cos takiego, nikomu nie zycze takich przezyc

    OdpowiedzUsuń
  21. wiem co przeszliście... u mnie była cesarka niby dostał 10 punktórw a potem nagle zaczął miałczeć ja nie mogłam wstawać po cesarce a mi go już w inkubatorze przywieźli zaintubowanego w krytycznym stanie przewożonego do Łodzi... Maż codziennie jeżdził do synka wozić mu mleczko na początku nawet nie mogł go dotykać później dopiero nie mogłam się wypisac na własne rządanie bo to była moje 3 cesarka i ją wyjątkowo źle przechodziłam... po 3 dobie pojechałam do synka do łodzi i tam już zostałam... przez kilka dni też cudem synek został wyrwany śmierci... mamy wielkie szczęście posiadając swoje Dzieci... Dzięki Bogu mamy swoje skarby ze sobą pozdrawiam i dodaje do listy swoich blogów

    OdpowiedzUsuń
  22. Nie wiem co napisać, wiele przeszliście. Dobrze, że Wasz mały Cud jest z Wami i ma się dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Wspaniale, że wszystko dobrze się skończyło! Ukłon w wasza stronę i w stronę lekarzy, oby wasza córeczka rosła silna u zdrowa:)

    OdpowiedzUsuń
  24. U mnie też były różne "przygody", mimo tego mogę sobie tylko wyobrazić co czuliście. Cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Posiadanie dzieci to jednocześnie radość i ciągła troska o nie. Wiem co przeżywałeś wtedy. Ja w miniony weekend miałam straszny obraz mojej córki przed oczami. Niewinna zabawa z bratem skończyła się uderzeniem w głowę i utratą przytomności. Karetka szybko przyjechała. Teraz jest już dobrze, ale ciągle obserwuje zachowanie córeczki. Dużo zdrówka i siły życzę. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko.. Współczuję bardzo. Na szczęście wszystko jest dobrze, ale takie sytuacje pokazują jak niewiele trzeba do wypadku;(

      Usuń
  26. Nawet sobie nie wyobrażam przez co musieliście przechodzić. Najważniejsze, że wszystko jest już dobrze, a Wasz mały Skarb dobrze się rozwija. Co do chodzenia to moja córeczka też miałą dopiero 16 miesięcy jak zaczęła chodzić.

    OdpowiedzUsuń
  27. Aż mam ciarki po przeczytaniu historii narodzin Waszej Kornelki...
    Bardzo współczuję Wam tak trudnych i dramatycznych przeżyć.
    Jak dobrze, że cała historia skończyła się happy endem!
    Dzielna maleńka i dzielni Wy, Rodzice:)

    OdpowiedzUsuń
  28. Przepraszam Boze! Czytam i rycze. Jak tobie stalo? ??i ulga ogromną ze skonczylo się dobrze .organizm ludzki jest wielka zagadką .nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć. Dobrze ze Bóg czuwał. Ogromnie sie ciesze ze z Waszą córcia dobrze. Mamy córeczki w podobnym wieku. Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  29. Współczuję tych wszystkich okropności :(

    OdpowiedzUsuń
  30. Wiele szczęścia w nieszczęściu Was spotkało. Pomagam od lat chorym dzieciakom i niestety znam dzieciaczki, którym tego szczęścia zabrakło.
    Czytając miałam łzy. W takich chwilach priorytety mocno się zmieniają, prawda?
    Dobrze, że jest dobrze i cały ten koszmar za Wami.
    Córcia dzielna dziewczynka.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń