środa, 26 lipca 2017

Co może wywołać panikę u każdego rodzica?



Faken szit! Moja bania zaraz wybuchnie! Dobrze, że pusta, bo jeszcze bym coś zachlapał i co? Płacić by było trzeba, a ja do rozrzutnych nie należę.. jedynie co rozrzucam, to ubrania po mieszkaniu, co sprawia, że mojej żonie delikatnie zaczyna drgać powieka, a to już jest zwiastun metamorfozy.. i to nie takiej jak w telewizji, że zamieniają gówno we fiołka, tylko metamorfoza w diablisko cholerne. Bo co ona się czepia o te spodnie, czy koszulkę, na jutro przecież będzie.. te baby.. nic nie rozumieją. Ja na szczęście rozumiem kobiety, z tego powodu jednak muszę się ukrywać, bo do czubków chcą mnie zamknąć. Mosad i Specnaz, też już zaczęli na mnie polować. Tak, że wiecie.. to może być mój ostatni post..

sobota, 22 lipca 2017

Jak samemu zrobić pizzę? Idealny przepis

Szukasz potrawy idealnej? Bez glutenu, wegańskiej, podanej w nieziemski sposób, doprawionej tak, że mózg zaczyna działać trzykrotnie szybciej? To spoko. U mnie tego nie znajdziesz. Za to mam tu coś lepszego. Potrawę, na którą każdy student reaguje jak pies Pawłowa na światło. Nie. Nie chodzi o kanapkę z ketchupem, tylko o... Pizzę!

Przepis na pizzę


Mam dla Was przepis na jedną z nich, którą tylko nieliczni potrafią spieprzyć (w tym ja). Nie jest mojego autorstwa. W sumie nie mam chyba żadnej autorskiej potrawy, no może poza tym, że kiedyś omyłkowo osoliłem herbatę.. a oto i on, wzięty prosto z tego bloga
  1. 1 łyżka suchych drożdży (12 g) lub 25 g drożdży świeżych
  2. 1,5 szklanki letniej wody
  3. 3,5 szklanki mąki pszennej
  4. 1 łyżka oliwy z oliwek
  5. 1,5 łyżeczki soli
Zaczynamy od przesiania mąki, którą mieszamy z suchymi drożdżami, jeżeli mamy świeże , to trzeba najpierw zrobić rozczyn. Dorzucamy resztę składników i zaczynamy wyrabiać ciasto. Uwaga! Ja dzisiaj spierdzieliłem i żona musiała robić drugi raz, więc ostrożnie;) Sposób wyrabiania jest dowolny. Można rękoma, można mikserem, można zapytać babci o tajny sposób na to. Taki czysty freestyle ciastowy.


Z ciasta lepimy kulę, podobną do tych, jakie mają cyganki w Kazimierzu, tylko my wróżyć z niej nie będziemy. Kulę (ciasto) odstawiamy w naczyniu nasmarowanym oliwą w ciepłym miejscu, przykrywamy folią spożywczą i czekamy z półtorej godziny. Moja żona robi tak, że wkłada ciasto do jednej miski, którą następnie wkłada do drugiej - większej i do niej właśnie wlewa dodatkowo trochę gorącej wody, co jeszcze przyspiesza proces.

Teraz szykujemy blachę, bo w czymś upiec trzeba. Smarujemy ją w tym celu odrobiną oliwy, po to by po upieczeniu dało ją się bez trudu wyciągnąć.

Jak już ciasto wyrosło, to wtedy trzeba je sieknąć z pięści i podzielić na dwie lub trzy części, w zależności od tego jak duże są nasze blachy.:) Formujemy z nich spody tak, by krawędzie były grubsze.

Na spód z ciasta należy wyłożyć sos pomidorowy, następnie nasze ulubione dodatki, czyli co tam tylko w lodówce mamy. Nie wiem jednak, czy kładąc śledzie efekt będzie zadowalający, ale co kto lubi. Jak chcecie, to możecie odstawić jeszcze na jakieś pół godzinki, by ciasto troszkę podrosło, ale my byliśmy zbyt głodni i ten etap pominęliśmy

Piec około 15 minut w maksymalnej temperaturze piekarnika (260ºC). Tak ze trzy minuty przed końcem pieczenia, posypujemy startym serem, chyba że komuś nie chce się trzeć, to kładzie całe plastry, albo od razu cały kawał na środek, tylko nie wiem, czy w ten sposób się on roztopi:)

Przepis na sos do pizzy

  1. 1 puszka pomidorów, odsączonych
  2. 1 łyżka octu balsamicznego
  3. duża szczypta świeżo zmielonego pieprzu
  4. pół łyżeczki suszonej bazylii lub 1 łyżka świeżo posiekanej bazylii
  5. pół łyżeczki suszonego oregano lub 1 łyżka świeżo posiekanego oregano
  6. 2 duże ząbki czosnku drobno posiekane
  7. duża szczypta soli
Wszystkie składniki miksujemy. I to by było na tyle, jeżeli chodzi o jego przyrządzanie.


Zostaje mi życzyć smacznego. :)

środa, 19 lipca 2017

Zostało mu tylko dwa lata..


Godzina 6:10, którą złowieszczo zwiastuje ten pieprzony budzik z mojej superzajebistej komórki. To znaczy telefonu, bo taką prawdziwą komórkę mam, ale za domem rodziców. Swojej nie mam. W bloku mieszkam i musiałbym garaż przerobić. Gdybym tylko go miał, bo i nawet tego nie mam. Miejsce parkingowe tylko mam. Jak jest wolne oczywiście, bo to nie zawsze. Auto mam takie na kołach, nawet czterech, z których trzy nawet w jednym kierunku się toczą. Jazdą tego nie można nazwać, gdyż trójkę mogę wrzucić dopiero gdy do roboty dojeżdżam, tak po siedmiu kilometrach około. Nie dlatego, że mam potężny silnik v12 z Astona Martina Vanqusiha o mocy 650 hp. Nie nie. Mam aby 1,4 Polo, ale za to koni sporo. Więcej niż w pobliskiej stadninie w Białce, chociaż nie wiem, bo nie byłem tam, bo i po co? Konie śmierdzą, jak to mówi moja żona i srają do tego gdzie popadnie. A zawsze pada na drogę i dlatego są takie gówniane. Dlaczego nikt nie wymyślił kibli dla koni? Pogadam w pracy z konstruktorami, to może coś wymyślą. Będę dzięki temu pomysłowi zarabiał więcej niż Donald Trump jako prezydent USA. W sumie nie powinno być trudno, zważając na to, że zrezygnował on z pobierania pensji za sprawowanie urzędu.. Cholera. Mógłby te pieniądze przekazać na biedniejszych, np. na mnie.. albo moją żonę.. albo moje koty, których bym był pełnomocnikiem. Ale bym im wtedy whiskasów nakupił. Pewnie we ryja bym za to dostał, bo moje futrzaki mięcho wpieprzają. Surowe… serca, żołądki i kurwa wołowinę!, co przeraża mnie najbardziej.. Weźcie.. Kot wpierdala krowski zad, kiedy ja do roboty kanapkę ze srem biorę.. 

Trójkę włączam. Tak włączam a nie włanczam. O nawet word mi podkreślił błąd, bo w wordzie piszę. Tutaj lepiej literki widzę. W sumie to i tak nie istotne, bo patrzę na klawiaturę a nie ekran. Może dlatego tyle błędów? Nie.. zwyczajnie nie znam ortografii, gramatyki, interpunkcji, zaimków, przydawek i innych tych wszystkich odpadków języka polskiego, z którego w podstawówce notabene miałem 4 i plus przed czwórką, chociaż może za? Nie pamiętam. Dostałem ją, za zeszyt, bo pokazałem koleżanki i powiedziałem, że to mój. Do dzisiaj mam jej za złe, że nie miała jednej pracy domowej odrobionej.. A wystarczyło narysować ślaczek.. Swoją drogą to tej trójki nawet nie włączam, tylko wrzucam. Tak. To słowo bardziej mi tu pasuje. Po przejechaniu tych 6 i pół, czyli 500 metrów, mój bolid rozpędza się do zawrotnej prędkości 45 kilometrów na godzinę, bo z górki wtedy jest, spojler się wtedy automatycznie wysuwa, by auto nie odleciało w przestworza, z racji piekielnej prędkości. Właśnie się dowiedzieliście o UFO nad Rosvell.. To jakiemuś patafianowi czujnik spojlera w polówce nie zadziałał i poleciał gdzie ten wymarzony raj, którego pragnął tak, jak Kaczyński pragnie rozdupczyć nas kraj, czyli Polskę. Da pińcet złoty i zadowolony, bo naród chwali. 

No i wiecie. Mam te miejsce parkingowe. I tak stoi smutas na nim sam.. bez rodziny, bez przyjaciół. Nie ma się do kogo przytulić, bo w sumie po co inne auta miały by się przytulać? Żeby się zarazić? Moje auto jest chore. Bardzo chore. Cierpi na rdzawicę paskudną, która może się przenieść przez kontakt. A, że wiele tych kontaktów miał, to i rozjebany jest jak kotlet schabowy, który u moich sąsiadów na górze jest chyba codziennie. Siedzisz, odpoczywasz po robocie, bawisz się z dzieckiem, dłubiąc sobie jak gdyby nigdy nic w nosie i słysz napierdalanie kawałka świniny jakby młotem udarowym. Bit niczym w piosenkach Zenka Maryniuka. Przez Twe  oczy zielone, chciało by się rzec. Tylko moja polóweczka nie ma zielonych, tylko takie żółte jakieś i jedno jakieś podbite na dodatek. To efekt tego, że mieszkałem w Lublinie, gdzie nie obowiązuje patrzenie w lusterek podczas parkowania tyłem… Kurwa.. Jakaś baba pewnie mi zajebała.. chociaż nie .. Baba by patrzyła w lusterko. Przecież jak się wyrusza na wyprawę, to w ostatniej chwili trzeba zerknąć w lusterko wyciągane z torbiczki, czy aby na pewno szpachla pomiędzy uszami dobrze się trzyma. 

I takie moje autko już jest. Wiele kontaktów za sobą. Jest niczym łysy z brazzers motoryzacji. Jest… jeszcze jest, bo postanowiliśmy przeciągnąć jego cierpienia jeszcze chociaż o dwa lata. Lato jest, więc dla ochłody kupiłem mu nowe trampki letnie. W sumie zmuszony już do tego byłem, bo w warsztacie powiedzieli mi, że tych co mam już mi nie założą.. Nie rozumiem co jest złego w trzynastoletnich oponach… tutaj jednak to jest najmniejszy problem.. Gorzej, że rdzawica zaczęła gwałtownie postępować i z jednego małego punkciku, zrobiły się przerzuty.. to na drzwi, to na błotniki, progi, i inne części, które teoretycznie powinny być zrobione z metalu. Pojechałem zatem do warsztatu i pytam: Panie ile będzie kosztować leczenie i na kiedy termin? Ja pytam, to tamten odpowiada. I mówi: aa to ze trzy tysiące trzeba wsadzić.. kurwa! 3 tysiące? Toż to moja dwuletnia wypłata.. Ile to butelek będę musiał do skupu zanieć, zanim nazbieram. Panie – mówię.. Przecież on tyle nie warty. To na co to robić. On mówi do mnie: yyy. Nie zrozumiałem, a rozmówca widząc, że nie zrozumiałem mówi jeszcze raz: to nie wiem, co mam powiedzieć. Nosz kukuryku na patyku lody lody na Bałtyku.. czy jakoś tak. Podziękowałem Panu serdecznie, klnąc w sobie po cichu, tak by nie usłyszał przypadkiem, bo mogło by się to dla mnie skończyć ciosem karate w klatę, albo co gorsza, mógłby mi wymienić olej, albo co oni tam jeszcze wymieniają.. 

Ruszyłem dalej w świat, wsiadając do mustanga, otwierając szybę, jedyną zresztą którą się da otworzyć, wysadziłem łokieć i załączyłem muzę. Łup łup łup, tego spodziewałem się usłyszeć, ale zamian za to, do mojej trąbki Eustachiusza w prawym uchu doszedł dźwięk: eeereemeeef eeeffeeeemmm. Kurwa! Zakląłem. O co tu chodzi, zerkam. No jeszcze tylko tego brakowało. Pendrajw rozjebany w pół, a był to jedyny jaki miałem, z logiem Uniwerstetu Ekonomicznego w Poznaniu, gdzie studiował mój szwagier i ofiarował w prezencie dwa takie nagie mojej żonie, czyli jego siostrze, a ja jak to ja, korzystając z tego, że ma ona straszny burdel w torebce, wyjąłem jej jeden i zabrałem dla siebie. Mój. Mój własny. Mój skarb. Maj preszjessss… tak zamieniłem się w Golluma, kto śledzi fejsa to wie. Prędko nagrałem na niego muzyczkę, jakieś smerfne hity i inne Ziuty szprychowe. Było pięknie. Nie jedną wspólną podróż odbyliśmy, robiąc przy rym radośnie dana dana. Teraz on jednak nie zdziała. NIE-KURWA-DZIAŁA! Umarł, skończył się, zdechł.. 

To nic – pomyślałem. Narzucę nowy trend w moim mieście, a korzystając z tego, że jestem jedynym blogerem  płci męskiej w tym, że jakże pięknym, choć bez perspektyw mieście, to publika szybko do podłapie i zacznie robić tak samo. Wyrzucam więc łokieć za szybę i przy dźwiękach popołudniowych radiowych wiadomości, ruszam przed siebie, skręcając tylko co jakiś czas, co by się w rów nie wjebać, albo pod tira jakiegoś. Jeszcze bym go rozwalił i co? Bida.. 

Wtem przyszła nieoczekiwana dobra rada. No dobra. Oczekiwana w chuj. Bo tyle co na telefony wydałem, to bajka. Chociaż nie. Nic nie wydałem, bo mam nielimitowane, ot taki zarobas ze mnie, że mnie stać. Jak ktoś chce zadzwonić, to pomogę, byle nie do wróża Macieja, czy na inne czterocyfrowe numery. Toż to brat zadzwonił, że przecież jego kolega jest mechanikiem, lakiernikiem i szpec majstrem w dziedzinie pojazdów silnikowych, więc uderzamy do niego. Zajechałem dumnie do niego pod chawirę i czekam aż wyjdzie. Wyszedł. I mówię mu: ratuj Pan. Nie mnie, a moje autko. On bez słowa odsunął mnie na bok i rozpoczął oględziny. Po chwili, tylko położył mi rękę na ramieniu i mówi: Nie opłaci się robić.. myślę sobie wtedy – pięknie. Zapierdalam jak Frodo do Mordoru 60 kilometrów, tracąc kasę na benzynę, bo gazu nie mam, żeby usłyszeć taką diagnozę. Zaczął mi wyliczać ile co kosztuje. Ile części, ile lakiernik, ile robocizna ile to ile tamto ile sramto i wyszło wcześniej wspomniane przez pana co ribił yyyy około 3000 złotych i to pln.. No nie. Kurwa nie! Wtedy mechanik mówi do mnie tak: słuchaj, jemu nic nie pomoże, ale możemy przedłużyć jego agonię gdzieś o dwa lata, tak byś nie wpadł  jak śliwka w gówno z kosztami, a przez te dwa lata pomyślisz co dalej. Od razu przyszła mi do głowy myśl! Zostanę chipanddaellsem, czy jak to się kurde piszę. Będę świecił swoim nieogolonym zadkiem na panieńskich i będę tak zarabiał. Następnie pomyślałem o swojej żonie i o tym, jakby na to zareagowała.. Nie wiem, czy można paść ze śmiechu, ale wolałem nie ryzykować.. 

No i ten mechanik – kolega. Mówi tak: słuchaj. Ja Ci naprawię, co tylko się da, a gdzie się nie da, to wymienię na jakieś zamienniki, bo części oryginalnych się nie opyla, bo koszta. Za całość wyjdzie około 1000 zł, więc spora różnica. Biere – mówię do niego, wycedzając przez zęby, prezentując przy tym mój nienaganny uśmiech, odsłaniając przy tym moje dwie plomby po prawej stronie ryja.
Teraz autko jest na Sali operacyjnej i nie wiem kiedy będzie do odbioru. Mam nadzieję tylko, że z „nowymi” blachami, będzie mi służył jeszcze te wspomniane dwa lata. A może dłużej? Łi łill si

sobota, 15 lipca 2017

Jak rozstawić basen ogrodowy?

Słońce za oknem promieniami smaga po plecach, podobnie jak robił to Doctore swoim biczem, gdy raz za razem hamował niefrasobliwość swoich podopiecznych w szkole gladiatorów. Ran nie widać, za to na drugi dzień piecze niemiłosiernie. Skwar, gorąco, praży.. jajka sadzone można bez przeszkód przygotować na plecach. Jajka same się smażą również w majtkach. Ochłody! Królestwo za możliwość zanurzenia się w jakimś zbiorniku wodnym.

W regionie żadnego nie ma? Nie chce Ci się jechać tak daleko? Obawiasz się, jak dzieci zniosą podróż w takich warunkach? Może nie masz akurat kasy na niezapowiedzianą eskapadę? Nie ma problemu! Wystarczy trochę miejsca i z automatu możemy zapewnić sobie przyjemne chwile. Z pomocą przychodzi nam coraz bardziej popularny – basen ogrodowy.

Jaki basen ogrodowy kupić?

Wybór jest ogromny. Od małych okrąglaków, których średnica nie przekracza metra, do tych monstrualnie wielkich o pojemności blisko 60 metrów sześciennych wody. Cenowo też różnie. Takie małe tescowe czy pepcowe można nabyć po sezonie już za 20 zł, a takie wielkie, no cóż.. Nie umiem do tylu liczyć i uczyć się nie mam zamiaru. Stary już jestem. Kości ciepła nie trzymają jak w sześćdziesiątym dziewiątym, a mózg nie chłonie informacji jak gąbka, chociaż moja żona czasem mi powtarza, że zamiast niego mam wodę, więc może jednak warto? Pozwoliło mi to jednak zakupić jeden z nich

Kupiłem go spontanicznie w lipcu dwa lata temu. Żona była wtedy w ciąży, ja miałem akurat urlop, a pogoda była piekielna (ciepło). Po prostu wsiadłem do auta i pojechałem na poszukiwania do lubelskich marketów budowlanych. Wchodzę do pierwszego i od razu z grubej rury walę do pierwszego gościa, którego spotkałem: Panie- ja po basen, tylko nie do sikania. Pracownik zaprowadził mnie na odpowiedni dział i mówi : a szukaj se Pan tutaj. No to szukam. Po chwili znalazłem całe multum. Tylko co z tego, jak każdy schowany do pudła.. Część z nich była rozporowa, a część osadzona na stelażu. Rozmiary bardzo podobne, ceny również, oba wyposażone w takie same pompy, więc który wybrać? Patrzę na obrazki, a z nich wynika, że wystarczy ten rozporowy rzucić na ziemię, nalać wody i relaksować się pijąc drinki z palemką.. Przynajmniej ja, bo żona w ciąży.

Wybór padł na rozporowy o średnicy obręczy 4,67 metra, więc całkiem spory. Kosztował mnie on równo 500 zł, bo grosza mi nie wydali. Wtedy jeszcze nie było tego programu.. ehh..;/ Przyjechałem do domu i cały zajarany, że za moment zanurzę się jak Titanic w odmętach nowego zakupu, więc z marszu rzuciłem się do roboty. Korzystając z obrazków na opakowaniu, rozpocząłem nalewanie wody. Raptem Houston mamy problem -coś poszło nie tak, bo basen wraz ze wzrostem poziomu wody, zaczął przybierać nienaturalne kształty, zupełnie jak mój bebech, jak się żeberek na wpierdzielam.. I to tak nierealne, że zwyczajnie prawie się przewrócił.. Ja wielki budowlaniec popełniłem szkolny błąd. Nie przygotowałem terenu.

Musiałem wylać tę wodę, która już znalazła się w basenie i rozpocząć wszystko od nowa. Zeszło mi z tym trochę, że tak powiem. Jednak z czasem, mimo nadszarpniętego ego i wkurwienia żony spowodowanego zmarnowaniem takiej ilości wody, udało mi się z tym uporać. Zabrałem się zatem do roboty.. znowu.. Wziąłem do ręki poziomicę, to taki kij z wodą i przyłożyłem w miejscach gdzie miał stać basen. Było okropnie krzywo i to tak krzywo, że jak stanąłem równo, to jedno oko miałem 6 cm wyżej niż drugie, chyba że zwyczajnie mam taki krzywy ryj. Pojechałem zatem po piach, który miał posłużyć do wyrównania podłoża, no bo przecież basen mam rozstawiać, a nie babki piaskowe. Kilkanaście dużych wiader wystarczyło więc zabrałem się do pracy, niczym Herakles, gdy stajnie sprzątał.

Od czego zacząć rozkładanie basenu?

I tu pies pogrzebany. Mamy miejsce docelowe, w którym ma stanąć nasz basen, więc mniej więcej szukamy środka tego miejsca, w które wbijamy jakiś palik, czy nawet patyk, czy kołek, czy co tam kurka wodna pod ręką akurat będzie. Od tego miejsca wszystko się zaczyna. Tu możemy się posłużyć teorią wielkiego wybuchu. Mamy chaos w chuj, więc trzeba mikroelementy poskładać do kupy (tylko nie takiej ludzkiej czy zwierzęcej, tak się tylko mówi). Bierzemy teraz coś długiego i prostego np. (Miecz świetlny?) listwę, która im dłuższa tym lepsza. Teraz musimy ustawić to w poziomie, w tym celu przykładamy do naszego narzędzia poziomicę. Jeden koniec musi leżeć na naszym wyznaczonym środku. Po przyłożeniu poziomicy będziemy wyraźnie widzieli, czy trzeba podsypać piachu, czy może podebrać trochę ziemi i wtedy go dopiero trochę sypnąć. Jeżeli już mamy wyrównany ten kawałek, to wtedy przesuwamy o kilka stopni (czyli w bok) naszą listwę, której jeden koniec w dalszym ciągu leży na naszym środku. Robimy to do momentu, aż zrobimy pełne koło.

Wyrównane i co dalej.

Skoro mamy już zrobione pełne koło, to wtedy… zaczynamy wszystko od nowa. Nie ma bata, że zrobimy za pierwszym razem wszystko tak jak należy. Z tymi pierwszymi razami zawsze jest tak samo, szybko i niechlujnie:) .Drugi raz powinien już rozwiać wszystkie wątpliwości co do równania terenu. Następnie, na tak przygotowany plac kładziemy.. styropian. W moim przypadku operujemy na 2 cm płytach, czasami te dwa centymetry potrafią działać cuda. Rozkładamy go tak, by pomiędzy płytami nie tworzyły się żadne szczeliny. Można do tego posłużyć się grubą taśmą malarską. Ona kosztuje grosze, a znacznie poprawi nam efekt. Łączymy płyty ze sobą tworząc w ten sposób jeden spójny monolit.


Mamy już wyrównane, mamy położony styropian, więc teraz proponuję przykryć to wszystko folią, lub najlepiej kupić zwykłą plandekę. Koszt takiej nie jest może mały, ale z pewnością posłuży nam ona na długi czas

Rozkładanie basenu

Mamy wyciągnięty basen z pudła, to teraz delikatnie przenosimy go na wyznaczone miejsce i staramy się go rozłożyć. Jeżeli na jego dnie pojawią się „zmarszczki” to spokojnie, bo na ich wygładzenie przyjdzie jeszcze czas. Najpierw dmuchamy obręcz basenu, która to zapewni nam to, że basen będzie wstawał razem z wodą. Kiedy już mamy to za sobą, to przychodzi czas na lanie wody. Napełniamy go dosłownie około 5 cm i zaczynamy się bawić w wygładzanie dna. Do tego niezbędne są dwie osoby. Jedna podnosi delikatnie basen a druga osoba, która jest wewnątrz basenu, dłońmi prasuje dno. Nie trzeba do tego specjalnego doświadczenia. Po chwili ogarniemy co i jak. Podobnie jak przy równaniu terenu, tak i teraz przesuwamy się co kilka kroków i powtarzamy te czynności. Zapewni to nam gładką powierzchnię dna.

Lanie wody do basenu

No i przyszedł czas na najprzyjemniejszą część rozstawiania basenu, czyli nalewanie wody. Nie muszę chyba tłumaczyć jak to robić.. No chyba, że ktoś ma zamiar napełniać go butelkami, to akurat do grudnia skończy.. wrzucamy węża i niech się leje. Pamiętajmy tylko, by w porę zatkać otwory do pompy w basenie. Napełniamy go maksymalnie do punktu ograniczającego. W instrukcji będzie pokazane jak on wygląda. U mnie jest to gumowy „język” który leci dookoła basenu, tuż pod jego obręczą gumową.

No to hop!

Teren wyrównany, basen rozłożony, woda nalana, no to nie zostaje nam nic innego jak dokonać pierwszego pełnego zanurzenia;) no to hop!

P.S. Do wyrównania terenu najlepszym rozwiązaniem jest ułożenie kostki brukowej. Wtedy nie trzeba co roku powtarzać tego samego:)

P.S.S Dla tych co mieszkają w bloku i nie mają jakiejś działki, czy miejsca, gdzie można rozłożyć basen, zostaje tylko wanna:) Ewentualnie można zrobić to pod blokiem, ale to już na swoją odpowiedzialność.











A Wy, jakie macie doświadczenia z basenami ogrodowymi?